Szukaj na tym blogu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nawrócenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nawrócenie. Pokaż wszystkie posty

Wysłuchane modlitwy 4/4 Duch


Lata dziewięćdziesiąte dwudziestego wieku w życiu A. naznaczone są wieloraką zdradą: zdradziła Boga, zdradziła matkę, zdradziła uczniów, zdradziła ideały, którymi żyła. Przekreśliła cały wewnętrzny dorobek lat osiemdziesiątych. Kwitła w ustrojowym więzieniu, a na wolności zaczęła usychać. Potrafiła walczyć o wolność, ale z wolności nie umiała korzystać. Chciała nadgonić czas, który zaczęła uważać za stracony - dwanaście lat, które dzieliły ją od ukończenia studiów do wyborów 1989 roku.

*

Firma założona u schyłku peerelu pochłonęła ją całkowicie. To była przygoda, namiastka domu, jej dziecko. A. przestała wypływać na oceany rozmyślań, dla matki miała mniej czasu, stała się bardziej przekupką niż człowiekiem, przestała wsłuchiwać się w wewnętrzny śpiew. Życie religijne zredukowała do pójścia w niedzielę do kościoła, ale i tak uważała ten dzień za stracony ze względu na jego bezproduktywność. Na szczęście nie wyobrażała sobie niepełnego udziału w Mszy Świętej. Konieczność trwania w łasce uświęcającej pozostanie więc jej wewnętrzną mistrzynią. [Piękne bankructwo]

Wiedziała, że matka jest ostatnim człowiekiem, którego ciepło będzie czuła. Po śmierci matki - była tego pewna - dla A. nastanie epoka lodowcowa, aż wreszcie i ona kiedyś umrze. Zastanawiała się, czym wypełnić wewnętrzną pustkę. Pomyślała, że mogłaby pisać książki. Od zawsze takie pomysły chodziły jej po głowie, a teraz mogłaby zacząć je realizować. Tworzyć światy, zaludniać je, żyć życiem tworów własnej wyobraźni. Pomyślała, że to właśnie zrobił Bóg - wypełnił Swą samotność ludźmi. A. ostatecznie stwierdzi, że bardziej od tworzenia własnych światów, woli być postacią w powieści Boga. Tu i teraz.

*

Kiedy pod koniec lat dziewięćdziesiątych matka zmarła, A. odczuła potrzebę radykalnej zmiany życia. Chciała odszukać Łaskę, którą karmiła się przez tyle lat w nieodległej przeszłości, i którą na rzecz biznesu porzuciła. Postanowiła wziąć udział w 20-tygodniowym Seminarium w Duchu Świętym, który ofiarowała w intencji matki zmarłej dwa tygodnie wcześniej.

A. wykonywała posłusznie wszystkie ćwiczenia duchowe zlecane przez prowadzącego. Każdego wieczora o tej samej porze klękała do zleconej modlitwy. Podczas cotygodniowych spotkań w kościele posłusznie wznosiła w niebo ramiona w geście uwielbienia. W swoim wnętrzu nie czuła niczego oprócz chłodu. Szła jednak posłusznie drogą poleceń.

Dwa tygodnie przed Wylaniem Ducha Świętego, które stanowić miało ukoronowanie odbywanych ćwiczeń duchowych, przewidziane było nabożeństwo uzdrowienia. Zgodnie z poleceniem prowadzącego, A. wypisała na kartce listę schorzeń, o uzdrowienie z których prosiła Boga. Na liście znalazło się dziesięć lub dwanaście pomniejszych przypadłości zdrowotnych. Ciernia postanowiła nie umieszczać na niej. Był zbyt cennym miejscem spotkań z Bogiem. Był największym bogactwem A.

Na trzy dni przed końcowymi dniami skupienia A. uklękła jak zwykle do modlitwy, która miała się już nigdy nie skończyć. Okazało się, że oto doszła do końca drogi i spotkała Tego, Który zawsze na nią tutaj czekał. U kresu mroku została napojona miłością u samego tej miłości Źródła. Nie była to kropelka, za którą kiedyś była niemal skłonna oddać duszę szatanowi, lecz oceany miłości. Odpoczynek wojownika.

*

A. żyła w zachwycie przez dwa tygodnie, a jego smak żył w niej przez dwa lata. Z wolna budziła się do nowego życia wewnętrznie scalona. Gdy miała czternaście lat prosiła Boga, żeby mogła być tym, kim się czuła: on. Trzydzieści trzy lata później chciała pozostać tym, kim nauczyła się być: to. Pieczęcie jednak zostały z niej zdjęte i została tym, kim - jak teraz czuje - była zawsze: ona.

Być może stało się to za przyczyną pewnego dawnego krótkiego westchnięcia o normalność, jakakolwiek by ona miała być, skierowanego do Boga za pośrednictwem św. Judy Tadeusza, a które mogło być dobrowolnym - choć potem zapomnianym - otwarciem się na późniejszą łaskę: - Skoro jesteś patronem od rzeczy niemożliwych, więc spraw to, co jest niemożliwe. - I niemożliwe z czasem stało się - faktem.

I wtedy pojawiła się Młoda. W latach szkolnych głęboko zaangażowana w katolicyzm, później pogubiła się duchowo i teraz u swojej dawnej nauczycielki szukała jakiegoś światła. Powoli odkrywała przed A. swoje życie. Kiedy wreszcie z trudem wydobyła z siebie imię osoby, z którą ostatnio była związana - i było to imię kobiety - A. postanowiła otworzyć przed Młodą własne życie. Żeby się lepiej rozmawiało.

Wędrowały więc przez swoje życiorysy. Życie A. otwierało i oświecało życie Młodej, która podczas tej wędrówki swą dawną nauczycielkę nazywała coachem, chociaż A. czuła się bardziej matką spieszącą dziecku na ratunek. Dzień po dniu, wyprowadzała Młodą z kolejnych ciemnych zaułków wielkich miast, których jej samej udało się kiedyś uniknąć.

A. patrzyła na wszystko z miłością. Nic jej nie szokowało, nic nie gorszyło, nic nie trwożyło. Raz jeden tylko w tej wędrówce ogarnął A. gniew. Było to wtedy, gdy usłyszała, jak to ileś lat wstecz stara lesbijska ciota pchnęła młodą dziewczynę - niepewną swej seksualności - w objęcia swojej byłej kochanki.

*

Młoda - kiedy zwróciła się do A. - przyniosła ze sobą książki. Położyła je bez słów przed A. - żeby one mówiły same za siebie: teozofia, ezoteryka, okultyzm. A. odsunęła książki na bok jednym ruchem: - Bóg jest miłością. I jest tylko jeden Mistrz: to Jezus z Nazaretu. - Dalszą drogę będą odbywać we trójkę: Bóg, Młoda i jej dawna nauczycielka.

Kilka miesięcy później, kiedy ich wspólna wędrówka dobiegnie końca, Młoda powie: - Wiesz, wtedy na początku, byłam zdziwiona, że ty to tak poważnie potraktowałaś. - I dodała: - Ale za to, co ze mną zrobiłaś, należałaby ci się nagroda Nobla!

A. przypomniała sobie wtedy pewną spowiedź z całego życia, którą odbyła na Jasnej Górze może piętnaście lat wcześniej. Często opowiadała spowiednikom o swoim dziwnym życiu, o pęknięciu i o bólu. Tak było i podczas tamtej spowiedzi. Tam, na Jasnej Górze - w Wieczerniku - spowiednik powiedział jej coś, czego ani wcześniej, ani później nie słyszała: - To wszystko może mieć jakiś sens. Być może któryś z pani uczniów będzie miał jakiś podobny problem i poprosi kiedyś panią o pomoc. - Pół wieku cierpienia i kilka przeczytanych książek. Opłaciło się.


Tak więc nie zależąc od nikogo, stałem się niewolnikiem wszystkich, aby tym liczniejsi byli ci, których pozyskam. /.../ Dla słabych stałem się jak słaby, by pozyskać słabych. Stałem się wszystkim dla wszystkich, żeby w ogóle ocalić przynajmniej niektórych. Wszystko zaś czynię dla Ewangelii, by mieć w niej swój udział. (1 Kor 9, 19-23)


19.04.2009

KOMENTARZE - tutaj
CYKL UZUPEŁNIAJĄCY - Kobiety mojego życia
 
 
.

Tajemnice rodzinne 3/4 Świetliste


Mąż Marii lubił mieć pieniądze dla samego ich posiadania, ona – dla rzeczowego nimi gospodarowania, jej córka natomiast – dla ich wydawania. Ku zmartwieniu matki, A. nigdy nie potrafiła oszczędzać. Kiedy - będąc młodą dziewczyną - pieniędzy potrzebowała, wyciągała je po prostu od rodziców. Żyła zachciankami chwili bieżącej i nie potrafiła odkładać na przyszłość.

Maria bolała, że córka zupełnie nie liczy się z interesem rodziców, rodziny, domu. Na przykład od dzieciństwa uczyła córkę, że pieniądze znalezione - jeśli nie można ustalić ich właściciela - należy przynieść do domu lub złożyć w ofierze w kościele. Córka jednak - jak wtedy, gdy miała jakieś osiem lat, i gdy znalazła większą sumę - zamiast powiedzieć o tym rodzicom, wolała zaprosić dzieci z sąsiedztwa na duże lody. Sprawa wydała się, gdy dzieciaki pochorowały się na gardła.

*

Pieniędzmi, które zostały po śmierci męża, zarządzała wspólnie z córką. Maria starała się utrzymać je w kupce, jak to określała, jako zabezpieczenie dla nich obu. Natomiast córka wszelkimi sposobami z tej kupki pieniądze wybierała. Zrobiła w mieszkaniu remont, zakupiła do domu urządzenia, na które wcześniej jej matkę nie było stać, zorganizowała wspólne wyjazdy.

We dwójkę odwiedzały rodzinę i znajomych matki z dawnych lat, wyjeżdżały razem na indywidualne wycieczki po kraju. Spędzały czas razem i było im razem dobrze. Wraz ze śmiercią męża - w jednej chwili - ustały między nimi kłótnie. Zdarzały się drobne zadry, ale potrafiły przejść nad nimi do porządku dziennego. Skończyły się eskalacje oskarżeń. Skończyły się awantury.

Kiedy córka ukończyła studia, chciała jej powrót do domu uczcić szampanem. Zabolało ją, jak za dawnych lat, gdy A. zlekceważyła ten gest, mówiąc, że przez wszystkie szkoły przeszła byle jak, i że nie ma czego świętować. A ją przecież tyle trosk i wyrzeczeń kosztowało doprowadzenie córki do bezpiecznego portu życiowego - wbrew samej córce, która najchętniej rzuciłaby studia [Pan Nowak, albo motyw drogi w literaturze amerykańskiej].

Powiedziała wtedy z rezygnacją w głosie i ze łzami w oczach: - A ja miałam nadzieję, że teraz będę miała w tobie powierniczkę. - Córkę zabolał smutek matki: - W takim razie wypijmy tego szampana - zaproponowała. - Nie mam już ochoty. - odpowiedziała Maria - Zepsułaś cały nastrój. Jeśli chcesz, możesz go sama wypić.

*

Ukończone studia dawały córce dobry zawód i pewność zatrudnienia. Za zobowiązanie się do podjęcia pracy w szkole uzyskała gwarancję otrzymania mieszkania. A. miała przed sobą perspektywę małżeństwa, co dodatkowo mobilizowało ją do starań o mieszkanie. Jednak w międzyczasie plany małżeńskie rozwiały się, ale mieszkanie dające samodzielność - zostało.

W gruncie rzeczy A. cieszyła się z takiego obrotu spraw. Znajdowała w tym potwierdzenie tego, co przeczuwała wcześniej: że małżeństwo nie jest dla niej, ani ona nie jest dla małżeństwa [Wysłuchane modlitwy]. Po latach dodatkowo dowie się od kogoś o czymś, czego wtedy sama nie zauważała: że tamten chłopak był w pewien sposób podobny do jej ojca.

Maria szczerze chciała, aby córka założyła własną rodzinę, ale nie robiła tragedii z tego, że nie wychodzi za mąż. Z czasem zaczęła sugerować córce przysposobienie jakiegoś dziecka, najlepiej dziewczynki - żeby miała kogoś, kto zaopiekuje się nią na starość. Córka jednak stanowczo odrzuciła ten pomysł: - Nigdy nie zaadoptuję dziecka tylko po to, żeby nie być samą.

A. nie bała się ani samotności, ani samotnej starości - w odróżnieniu od swojej matki, która chociaż rozumiała prawo dorosłej córki do własnego życia, to jednocześnie bardzo pragnęła jej obecności w swoim własnym życiu. Gdy była małą dziewczynką, A. lubiła spędzać sporo czasu w kościele. Maria przestraszyła się wtedy, że jej córce może kiedyś przyjść do głowy, żeby zostać zakonnicą [Być mniszką]. Tego jednak zdecydowanie nie chciała - bo wtedy córka zniknęłaby z jej życia zupełnie.

*

W roku 1983 odwiedziła wraz z córką swoje dwie pozostałe przy życiu siostry. Jakie było tych sióstr zdziwienie, kiedy oznajmiła, że w jakiejś sprawie musi zapytać córkę o zdanie. - Maryśka, od kiedy ty kogokolwiek pytasz o zdanie?! - krzyknęły równocześnie. Zaszokowane zwróciły się też do córki: - Jak ty to zrobiłaś? - Ale A. nie potrafiłaby na to pytanie odpowiedzieć. Teraz bowiem – po prostu – wszystko było inne.

Śmierć Wojciecha głęboko poruszyła je obie - matkę i córkę. Maria zaczęła regularnie modlić się o spokój duszy męża, co zastanawiało A., pamiętającą jej nieprzejednaną do męża niechęć. Do wcześniejszych zapisków ze swojego nieudanego małżeństwa oraz trudnego macierzyństwa [Notatnik Mamy] już nie wracała. Mąż nie żył, a w córce – wraz ze śmiercią ojca – zaszła jakaś radykalna zmiana. Stawała się całkiem innym człowiekiem, a uwaga, którą poświęcała matce, leczyła dawne rany.

Córka, chociaż miała własne mieszkanie, nadal wiele czasu spędzała w domu matki. Obie obdarzone nieco zwariowanym poczuciem humoru, często śmiały się: zdrowo i zgodnie. A Maria z zapałem i swadą snuła przed córką swoje opowieści. Mówiła i do córki, i do siebie samej. Czuła potrzebę mówienia, więc nie zauważała, kiedy zaczynała się powtarzać. Córka starała się cierpliwie wysłuchiwać historii opowiadanych przez matkę po raz któryś z rzędu. Czasami, gdy Maria zapomniała jakiegoś szczegółu, córka uzupełniała jej opowieść, po czym Maria dalej ciągnęła wątek, jak gdyby nigdy nic, za każdym razem wymagając od córki wysłuchania opowieści do końca [Patrz mi w oczy, kiedy mówię].

*

A. w gruncie rzeczy lubiła słuchać, co jej matka ma do powiedzenia. Jej znajomi również chętnie słuchali opowieści Pani Marii. Cenili ją za otwartość i gościnność, za pogodę ducha i poczucie humoru, za realizm i życiowość. Koleżankom córki udzielała praktycznych rad, rozmawiała z nimi o wychowaniu dzieci. Gdy rozmowa schodziła na dzieci, zdarzało się, że gdy któraś z młodych matek powiedziała coś o swoim małym dziecku, Pani Maria odpowiadała: - Tak, tak. Z kolei moja A., gdy była mała, to... - i tutaj następowała kolejna opowieść – o córce.

Wakacje A. lubiła spędzać poza domem, włócząc się - kiedyś autostopem [Auto! Stop!], a potem już tylko pociągami [Nocny do Wrocławia] - po kraju. Swoje mieszkanie udostępniała wtedy kuzynom chcącym spędzić lato nad morzem, prosząc jednocześnie, żeby podczas jej nieobecności mieli baczenie na swoją ciocię. Siostrzeńcy i siostrzenice uważali Ciocię Marysię za osobę oryginalną i nieco szaloną. Lubili i cenili ją, a ona z czasem zaprzyjaźniała się również z ich dorastającymi dziećmi.

Jeden z siostrzeńców kiedyś skrytykował ją ostro po tym, gdy na pogrzebie kolejnej zmarłej siostry Marii, a jego matki - podczas czuwania w kaplicy - zainicjowała głośne odmawianie Różańca w intencji zmarłej. Nazwał takie zachowanie demonstracją dewocji. Nie minęło wiele czasu, a zaczęła otrzymywać od niego długie i serdeczne listy opisujące nawrócenie, jakiego doświadczał.

*

Jej córka swoje nawrócenie przeżyła kilka lat wcześniej [Świadectwo]. Po śmierci ojca zaczęła krok po kroku wracać do praktyk religijnych. Kiedyś, gdy po skończeniu studiów wróciła na stałe do domu, Maria próbowała dać jej drewniany krzyżyk do powieszenia na ścianie, z prośbą o pójście do kościoła, w którym miało się właśnie odbyć uroczyste poświęcenie krzyży. Córka odmówiła kategorycznie, tłumacząc, że nie zamierza robić czegoś, czego nie rozumie. Było jej przykro, ale już więcej nie próbowała córki w dziedzinie religii do niczego namawiać. Zostawiła sprawy ich własnemu biegowi.

Niedługo potem otrzymała od córki pod choinkę prezent, który z kolei ją zbulwersował. Był to modlitewnik dla osób starszych i samotnych – z tekstem pisanym dużą czcionką. Nie omieszkała okazać swojego niezadowolenia: - Co to za prezent? Czy ja jestem jakąś starą dewotką? Nigdy nie potrzebowałam żadnej książeczki do modlitwy!

Córce nie było przyjemnie, ale kiedy po latach wspomina tamto Boże Narodzenie, uśmiecha się nad wymianą niespodzianek w tamte Święta. Ona mamie ofiarowała modlitewnik, a mama, znając zamiłowanie córki do alkoholi, ofiarowała jej – litr cytrynowej nalewki domowej roboty! Tak jakby mijały się na jakimś skrzyżowaniu. Nie minęło bowiem wiele czasu, a podarowany modlitewnik stał się najlepszym przyjacielem jej matki. I nie minęło wiele czasu, a córkę zaczęły opuszczać kolejne nałogi. Najpierw rzuciły ją papierosy, następnie przestał ją lubić alkohol, i tak już się potoczyło – od tamtego czasu to nie ona rzuca uzależnienia, lecz kolejne uzależnienia ją porzucają: telewizja, kawa, herbata [Rzuciło mnie palenie].

*

Maria przeżywała emeryturę spokojnie, chociaż czasy nie były spokojne. Rok 1980 i 1981: czas Solidarności i czas stanu wojennego. Zaangażowanie córki w Solidarność, potem jej internowanie [Ukochany kraj, umiłowany kraj]. Bała się o los dziecka, ale jednocześnie była z córki dumna. Zsyłki to tradycja rodzinna: Sybir, Ural, Kazachstan.

W czasie działalności w Solidarności A. została służbowo oddelegowana przez regionalne władze Związku do udziału w tworzącym się miejscowym Klubie Inteligencji Katolickiej. Po chwilowym zawieszeniu na początku stanu wojennego, Klub odzyskuje możliwość legalnej działalności. Z powodu personalnego impasu we władzach Klubu, A. zostaje przez okoliczności zmuszona do przyjęcia funkcji prezesa. Świeżo nawrócona, chcąc w sposób odpowiedzialny prowadzić powierzoną jej wspólnotę, przez następne dziesięć lat będzie musiała uczyć się Kościoła. Od razu od samego środka, i jednocześnie od samego początku.


Maria - pod koniec lat osiemdziesiątych - zaangażuje się w Neokatechumenat. Będzie miała wtedy siedemdziesiąt siedem lat. Osłabiona niełatwym życiem oraz chorobami, potrzebować będzie coraz więcej pomocy. Przez jakiś czas będzie jej doświadczać od znajomych ze wspólnoty [Przy otwartych drzwiach]. A. bowiem – zaangażowana w nowe przedsięwzięcie – będzie mieć dla niej coraz mniej czasu. Nowym przedsięwzięciem córki stanie się tworzenie własnej firmy.



ROZWAŻANIE: Moją matką i moimi braćmi są ci, którzy słuchają słowa Bożego i wypełniają je...

Wtedy przyszli do Niego Jego Matka i bracia, lecz nie mogli dostać się do Niego z powodu tłumu. Oznajmiono Mu: «Twoja Matka i bracia stoją na dworze i chcą się widzieć z Tobą». Lecz On im odpowiedział: «Moją matką i moimi braćmi są ci, którzy słuchają słowa Bożego i wypełniają je».

Łk 8, 19-21


15.03.2009


KOMENTARZE - tutaj
 

.

Notatnik Mamy. Ostatni wpis


3.VIII.1975

Rok prawie minął od śmierci Wojtka [Człowiek w przyciasnych butach], a ja jakoś nie mogłam zabrać się do kontynuowania tych moich zwierzeń, czy myśli, które na skutek przeżyć jak sępy atakują moją duszę i umysł. Może dlatego, że skończyło się moje ni takie, ni siakie małżeństwo i już nie będę więcej przeżywać. A jednak – przeżywam to wszystko po tysiąckroć w myślach, we wspomnieniach.

Nic nie pisałam, bo jakoś nie starczało na to czasu i już nie czułam potrzeby. A. kilkakrotnie nagabywała mnie: „Czemu mamusia już nie pisze pamiętnika?”. Początkowo myślała, że ja nie odnotowałam nawet wydarzenia śmierci ojca. To jednak zdążyłam jeszcze tego samego dnia uwiecznić (głupie słowo) na papierze.

Nie pisałam, bo szkalowałam zmarłego językiem. Nie czuję z tego powodu żadnego wyrzutu sumienia. Nie miałam nic dobrego o nim do powiedzenia. Wszystko tylko złe, ale prawdziwe. Takie jest moje odczucie, a ja, nie chwaląc się, mam dobre rozeznanie.

Mogłabym milczeć, ale nie umiem. Tyle razy sobie obiecuję, że zamknę w sobie moje przeżycia, że nikomu nic nie powiem złego o mojej rodzinie, ale jak zacznę mówić, to zwykłe przyzwyczajenie do mówienia o wszystkim prawdy, nagiej prawdy, i niepohamowana chęć mówienia, niweczą wszystkie moje dobre zamiary.

11-go byłam u spowiedzi i u Komunii Świętej. 12-go też. Dwunastego rano przyjechała S. Poszłyśmy razem na mszę za Wojtka i byłyśmy u Komunii. A. przestała praktykować, więc nie była. Po mszy zobaczyłyśmy w kościele T.T. Zostawiłam na drzwiach mieszkania kartkę, gdzie jesteśmy, więc przyszedł, do kościoła.

*

Przed śmiercią Wojtka byłam na niego tak rozżalona, że obiecywałam sobie, że jeżeli umrze, to nie włożę po nim żałoby. A jednak... Moment jego śmierci przeżyłam okropnie. Nie przypuszczałam, że tak będzie. Umierał krótko, ale gwałtownie. A. obliczyła, że wszystko razem nie trwało dłużej jak 15 minut.

A. weszła do pokoju ojca, a on w tym momencie dostał drgawek kończyn i lekkiego skurczu twarzy. Narobiła krzyku: „Mamo! Co się dzieje z ojcem?!”. Wbiegłam do pokoju. Widziałam to. A. pobiegła do telefonu wezwać pogotowie, a ja zostałam przy nim. Odzyskał przytomność, był cały spocony. Powiedział: „Słabo mi, słabo”.

W tej chwili przyjechał doktór. Wnieśli nosze i tlen. Doktór zapytał go, czy chce do szpitala. On zaczął mówić, że był w szpitalu, ale głos jego wydobywał się gdzieś z głębi gardła. Jak gdyby mówił nasadą języka. Ja się odezwałam: „Panie doktorze, jeżeli trzeba, to proszę go zabrać. Chorego nie trzeba pytać.”

Doktór przedłużał prawdopodobnie sprawę zabrania, bo już wiedział, że nie ma kogo zabierać. Po chwili powiedział: „Agonia”. Byłam przerażona. A. była strasznie opanowana. Ciągnęła mnie, żebym wyszła, żebym nie patrzyła, ale ja jakbym wrosła w ziemię. Nie mogłam odejść. Stałam i patrzyłam z przerażeniem.

A. potem mówiła, że zachowywałam się tak, jak przy telewizorze, kiedy kibicuję na meczu piłki nożnej – bez opanowania. Dostałam jakiegoś ataku, kiedy już wyzionął ducha. Ale to wyzionięcie było okropne. Zerwał się. Tak jakby chciał coś mówić, ale nic nie wyszło. Tylko bardzo gwałtownie wyrzucał z siebie powietrze, tak jak z impetem wypryskuje się nabraną w usta wodę aż bryzgi śliny poszły.

Potem upadł na poduszkę, twarzą na dół i kilka razy zapiszczał. Dosłownie zapiszczał tragicznie, boleśnie i tak ducha wyzionął. Ja, jak głupia tłumaczyłam się jak histeryczka przed lekarzem i sanitariuszem ze swego stanu: „Męża nie kochałam i nie był dla mnie dobry, ale człowiek...”.

Co to miało znaczyć, to już i sama nie wiem. Słowa pamiętam, i wszystko pamiętam, ale zachowywałam się jak w gorączce. Szyja zaczęła mi drętwieć. A. wyprowadziła mnie do mego pokoju i położyła na tapczanie. Doktór mnie zbadał i bał się o mnie. Powiedział, że to szok. Po pewnym czasie to przeszło. Lekarz kazał A. dzwonić, gdyby się nie polepszyło. Polepszyło się, ale nie mogłam się ruszyć. Leżałam.

*

A. tymczasem z zimną krwią sprzątała w ojca pokoju i szukała kluczyka. Dziwiłam się, jak ona może. Mogła. Znalazła kluczyk. Znalazła skrzynkę. Otworzyła. Obliczyła. Pokazała zawartość mnie. Sześć, czy dziewięć książeczek samochodowych na jakieś ponad 40 tys. zł. Zapisanych na nią po śmierci, a raczej na wypadek śmierci.

A. nic przede mną nie zataiła. Dla mnie to było tak smutne. Leży martwy, a pieniądze na koncie i w dolarach. I po co? I po co? Mógł się leczyć prywatnie. Nie kutwić. Ratować się zawczasu. Ale on wolał jęczeć i liczyć na litość lekarzy. A. potem mówiła: „Przecież tyle przyjemności mógłby zrobić nam wszystkim. Załatwić jakieś prywatne wczasy wspólne. Byłyby wspomnienia...”. Byłyby – przyjemniejsze.

A. energicznie zajęła się i rzeczowo sprawą pogrzebu. Ona uprzątnęła wszystko w pokoju ojca, bo mieli wkroczyć obcy ludzie. Przygotowała ubranie i bieliznę, i poszła załatwiać formalności na mieście. Przecież czas krótki, a my tylko dwie do wszystkiego.

Ja zostałam w domu, żeby zająć się przygotowaniem przyjęcia dla przyjeżdżających. Trudno o mięso. Zadzwoniłam do Steni. Ta zaraz przyszła. Było mi raźniej. Obiecała, a potem i kupiła, i przyniosła 2,5 kg mięsa wołowego miękkiego. Ja kupiłam kurczaki. A. dwoiła się i troiła. Załatwiała wszystko - i sprawy pogrzebu, i sprawę noclegów dla rodziny, i sprawę kwiatów, i sprawę podjęcia pieniędzy z ZUS-u, choć to mogło zaczekać, ale [przecież z rodziny ojca się wywodzi]...

O godz. 17-ej przyjechali z Zakładu Pogrzebowego, żeby zabrać zwłoki do kaplicy cmentarnej. Ja bym przegapiła zegarek, który Wojtek miał na ręce, ale ludzie uczciwi, a może myśleli, że ja widzę, oddali mi go do rąk. Zwłoki złożyli do trumny i ponieśli do samochodu. A. powiedziała: „Mamusiu! Ja pojadę z nimi. Tak przykro, że ojciec ostatni raz i na zawsze opuszcza już nasz dom, i pojedzie tylko z obcymi ludźmi”. Odprowadziła ojca.

Jak ona wszystko potrafiła załatwić! Wszystko umiała i miała siły. A. sprzątała mieszkanie. A. przygotowała pościel. A. przygotowała pokój ojca do obiadu po pogrzebie. A.! Skąd to wszystko jej przyszło?! Ja tylko załatwiłam nekrologi. I to tylko w Zakładach Graficznych. Ona już załatwiała rozklejanie na mieście. Energiczna i dzielna!

Wieczorem poszłyśmy do Lusi, żeby ją zawiadomić, zresztą Genę też zawiadomiłam na drugi dzień, żeby one nie przeraziły się, kiedy zobaczą nekrologi. Kiedy wracałyśmy od Lusi, A. powiedziała: „Mamo, a ja uczułam ulgę. Już będzie jeden dom”. To w dzień śmierci ojca! Przecież nie ona temu winna?!

Już czuję się zmęczona. Dokończę innym razem, jak przyjdzie natchnienie.

*

Tak kończy się ostatni wpis Mamy w jej [Notatniku]. Więcej o moim Ojcu: [Człowiek w przyciasnych butach]. Więcej o naszej rodzinie, w dużym stopniu przez pryzmat opowieści i notatek Mamy: [Tajemnice rodzinne].


20.02.2009


KOMENTARZE - tutaj


.