Szukaj na tym blogu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ojciec. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ojciec. Pokaż wszystkie posty

Tajemnice rodzinne 1/4 Radosne


Dziecka zapragnęła dopiero po wyjściu za mąż. Boga prosiła, żeby to była córka, bo córki po założeniu własnej rodziny nie oddalają się tak od matek jak synowie. Rzutka i niezależna, bała się jednak samotnej starości. Lęk ten był zresztą głównym motywem wyjścia za mąż. W małżeństwie szukała spokojnego portu na stare lata. [O mojej matce. Szkice do portretu]

*

Za mąż wyszła w wieku trzydziestu ośmiu lat. Cztery lata wcześniej przyjechała ze Wschodu – w ramach repatriacji po drugiej wojnie światowej – na Ziemie Odzyskane. Bojąc się ze strony sowieckich władz trudności ze zgodą na wyjazd, wyjechała pod fałszywym nazwiskiem.

Jechała z gotowym planem ucieczki z komunistycznej Polski - na Zachód. W Polsce nawiązała kontakt z rybakami, którzy mieli ukryć ją na kutrze wypływającym na połów, a następnie przez Bałtyk przewieźć do Szwecji. Ostatecznie planu tego nie zrealizowała. Osiadła w jednym z miast na Pomorzu, wraz ze sporą grupą innych repatriantów z rodzinnego Wołkowyska.

Tutaj znalazła pracę w banku i tutaj powróciła do prawdziwej tożsamości: zgłosiła władzom fikcyjne zaginięcie dokumentów, a gdy poproszono, aby z miejsca pracy przyniosła zaświadczenie z danymi osobowymi, do dyrektora banku poszła z gotowym tekstem wymaganego dokumentu, w którym już wpisała swoje rzeczywiste nazwisko. Ten spojrzał na treść zaświadczenia, potem uważnie na nią i spytał: - To pani tak się nazywa? - Tak - odpowiedziała, a on bez słowa potwierdził to podpisem..


Praca w banku była dobrze płatna, stać ją więc było na zatrudnienie pomocy domowej. Do sprzątania i prania przychodziła Niemka, a wynajęty Niemiec przynosił na trzecie piętro węgiel z piwnicy. Kupiła rower i wraz ze znajomymi wyruszała na dalekie wycieczki. Kiedy Niemcy wyjechali do Niemiec, zatrudniała polską kobietę. Sama zajmowała się gotowaniem oraz goszczeniem szerokiego kręgu osób, które lubiły u niej bywać.

*

W gronie bliskich znajomych znajdowało się parę małżeństw, grupka młodszych mężczyzn i kobiet, oraz trzech starych kawalerów – kandydatów na męża. Jednak największym zaufaniem obdarzyła Wojciecha, sąsiada z pierwszego piętra. Pięć lat starszy od niej, wykształcony i inteligentny, kulturalny i obyty towarzysko – czuła, że uzyska aprobatę szwagrów, na której bardzo jej zależało.

Szwagrowie wraz z siostrami zaaprobowali jej wybór i lubili jej męża do końca. Tylko ona w miarę trwania małżeństwa coraz bardziej zrażała się do niego. Rozczarowania zaczęły się zaraz po ślubie. Poszło między innymi o poglądy i przekonania – miała je tolerancyjne, co nie odpowiadało mężowi, który uważał, że tylko mąż ma prawa w małżeństwie. Żonie dawał jedynie prawo do obowiązków.

Poglądów i przekonań nigdy nie zmieniła, ale potrafiła zdobyć się na ustępstwa w rzeczach mniej ważnych. Z natury i wychowania prawa i uczciwa, w miarę możliwości przystosowywała się do wymagań chorego na zazdrość męża, również wtedy, gdy zaczął wymyślać dla niej różne zatrudnienia, które miały przynosić domowi dobry dochód, jednocześnie - jak się wydaje - ograniczając kontakty z innymi mężczyznami.


Najpierw wymyślił repasację pończoch – nauczyła się repasacji i prowadziła w domu punkt podnoszenia oczek, jak wtedy mówiono. Potem dobrym interesem miała być hodowla pszczół i norek. Nauczyła się hodowli – i hodowała. Oprócz tego miała oczywiście zwykłe obowiązki domowe - i nikogo do pomocy.

Kiedy oboje zbliżali się do wieku emerytalnego, hodowla przestała być opłacalna. Zdecydowali o likwidacji hodowli, a ona została bez pracy i bez wypracowanego prawa do emerytury. Wtedy mąż, który miał niezłą pensję urzędniczą, zarządził podział uzyskanych - nie tak wielkich - dochodów oraz stałą separację majątkową.

*

Zanim córka - która na świat przyszła dwa lata po zawarciu małżeństwa, kiedy już tracili nadzieję na poczęcie dziecka - poszła do szkoły, ule z pszczołami oraz klatki z norkami umiejscowione były w jednej z podmiejskich wsi. Dzierżawili tam od gospodarzy sad i ogród, oraz dwa pokoje z kuchnią w ich domu.

Matka i córka spędzały na wsi długie miesiące razem, tylko na zimę wracając do domu w mieście. Był to jeden z najradośniejszych okresów w życiu jej córki. Tamta wieś – to był raj jej dzieciństwa. Wystarczyło przejść przez podwórko, żeby znaleźć się twarzą w twarz z bezmiarem pól. Do dziś pamięta chłód rosy pod bosymi stopami, gdy udało się jej wybiec w pole o poranku.

Wychowywała się tam wśród zwierząt domowych oraz wiejskich dzieci. Najbliższym towarzyszem zabaw był siostrzeniec gospodarzy, jej rówieśnik, od którego dzieliła ją tylko furtka w sadzie. Całe dnie spędzali razem, buszując po wsi. I były jeszcze konie – zaprzęgane do wozu albo bryczki. Gospodarz pozwalał jej zaprzęgać je, karmić z ręki, a czasami nawet powozić. Do dziś pamięta ich ciepłą delikatność. [Świńskie kawałki]

Z dzieciństwa pamięta też bezpieczne ciepło matki, gdy bawiły się w kurę i kurczaczka. Czasami w nocy uciekała do jej łóżka, gdy przyśnił się jej zły sen. A zły sen był zawsze taki sam – była zamknięta w jakimś dziwnym obozie koncentracyjnym. Czy dlatego, mając jakieś jedenaście lat, wybrała na prezent imieninowy dla ojca książkę o hitlerowskich dziecięcych obozach koncentracyjnych - „Dzieci polskie oskarżają”?

Dla niej książeczki do czytania wybierała głównie mama. Kiedy nie umiała jeszcze czytać, to właśnie mama czytała jej najlepszą klasykę literatury dla dzieci. I deklamowała jej wierszyki, i śpiewała piosenki. Mama pilnowała, żeby rano i wieczorem pamiętała o pacierzu. A kiedy poszła do szkoły, to głównie mama utrzymywała kontakt ze szkołą.

Na pierwszą wywiadówkę rodzice poszli co prawda razem, ale ponieważ o córce usłyszeli same złe rzeczy, mąż na następną wywiadówkę już się nie wybrał. A tyle spodziewała się po swym dziecku! Okazało się, że jej córka uniemożliwia prowadzenie lekcji, bo ciągle ma coś - w swoim mniemaniu bardzo ważnego - do powiedzenia, i zupełnie nie słucha poleceń nauczycielki.

Była załamana, a tu za jakiś czas trzeba iść na kolejną wywiadówkę i tym razem samotnie stawić czoła kolejnej niewiadomej. Z duszą na ramieniu podeszła po zebraniu do wychowawczyni. - Proszę pani! - usłyszała od nauczycielki – Jakież pani ma dziecko! Nie ma pytania, na które pani córka nie znałaby odpowiedzi!



ROZWAŻANIE: Twoją duszę miecz przeniknie...

A żył w Jerozolimie człowiek, imieniem Symeon. Był to człowiek prawy i pobożny, wyczekiwał pociechy Izraela, a Duch Święty spoczywał na nim. Jemu Duch Święty objawił, że nie ujrzy śmierci, aż zobaczy Mesjasza Pańskiego. Za natchnieniem więc Ducha przyszedł do świątyni. A gdy Rodzice wnosili Dzieciątko Jezus, aby postąpić z Nim według zwyczaju Prawa, on wziął Je w objęcia, błogosławił Boga i mówił:

«Teraz, o Władco, pozwól odejść słudze Twemu
w pokoju, według Twojego słowa.
Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie,
któreś przygotował wobec wszystkich narodów:
światło na oświecenie pogan
i chwałę ludu Twego, Izraela».

A Jego ojciec i Matka dziwili się temu, co o Nim mówiono. Symeon zaś błogosławił Ich i rzekł do Maryi, Matki Jego: «Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu, i na znak, któremu sprzeciwiać się będą. A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu».

Łk 2,25-35



01.03.2009


KOMENTARZE - tutaj


.

Notatnik Mamy. Ostatni wpis


3.VIII.1975

Rok prawie minął od śmierci Wojtka [Człowiek w przyciasnych butach], a ja jakoś nie mogłam zabrać się do kontynuowania tych moich zwierzeń, czy myśli, które na skutek przeżyć jak sępy atakują moją duszę i umysł. Może dlatego, że skończyło się moje ni takie, ni siakie małżeństwo i już nie będę więcej przeżywać. A jednak – przeżywam to wszystko po tysiąckroć w myślach, we wspomnieniach.

Nic nie pisałam, bo jakoś nie starczało na to czasu i już nie czułam potrzeby. A. kilkakrotnie nagabywała mnie: „Czemu mamusia już nie pisze pamiętnika?”. Początkowo myślała, że ja nie odnotowałam nawet wydarzenia śmierci ojca. To jednak zdążyłam jeszcze tego samego dnia uwiecznić (głupie słowo) na papierze.

Nie pisałam, bo szkalowałam zmarłego językiem. Nie czuję z tego powodu żadnego wyrzutu sumienia. Nie miałam nic dobrego o nim do powiedzenia. Wszystko tylko złe, ale prawdziwe. Takie jest moje odczucie, a ja, nie chwaląc się, mam dobre rozeznanie.

Mogłabym milczeć, ale nie umiem. Tyle razy sobie obiecuję, że zamknę w sobie moje przeżycia, że nikomu nic nie powiem złego o mojej rodzinie, ale jak zacznę mówić, to zwykłe przyzwyczajenie do mówienia o wszystkim prawdy, nagiej prawdy, i niepohamowana chęć mówienia, niweczą wszystkie moje dobre zamiary.

11-go byłam u spowiedzi i u Komunii Świętej. 12-go też. Dwunastego rano przyjechała S. Poszłyśmy razem na mszę za Wojtka i byłyśmy u Komunii. A. przestała praktykować, więc nie była. Po mszy zobaczyłyśmy w kościele T.T. Zostawiłam na drzwiach mieszkania kartkę, gdzie jesteśmy, więc przyszedł, do kościoła.

*

Przed śmiercią Wojtka byłam na niego tak rozżalona, że obiecywałam sobie, że jeżeli umrze, to nie włożę po nim żałoby. A jednak... Moment jego śmierci przeżyłam okropnie. Nie przypuszczałam, że tak będzie. Umierał krótko, ale gwałtownie. A. obliczyła, że wszystko razem nie trwało dłużej jak 15 minut.

A. weszła do pokoju ojca, a on w tym momencie dostał drgawek kończyn i lekkiego skurczu twarzy. Narobiła krzyku: „Mamo! Co się dzieje z ojcem?!”. Wbiegłam do pokoju. Widziałam to. A. pobiegła do telefonu wezwać pogotowie, a ja zostałam przy nim. Odzyskał przytomność, był cały spocony. Powiedział: „Słabo mi, słabo”.

W tej chwili przyjechał doktór. Wnieśli nosze i tlen. Doktór zapytał go, czy chce do szpitala. On zaczął mówić, że był w szpitalu, ale głos jego wydobywał się gdzieś z głębi gardła. Jak gdyby mówił nasadą języka. Ja się odezwałam: „Panie doktorze, jeżeli trzeba, to proszę go zabrać. Chorego nie trzeba pytać.”

Doktór przedłużał prawdopodobnie sprawę zabrania, bo już wiedział, że nie ma kogo zabierać. Po chwili powiedział: „Agonia”. Byłam przerażona. A. była strasznie opanowana. Ciągnęła mnie, żebym wyszła, żebym nie patrzyła, ale ja jakbym wrosła w ziemię. Nie mogłam odejść. Stałam i patrzyłam z przerażeniem.

A. potem mówiła, że zachowywałam się tak, jak przy telewizorze, kiedy kibicuję na meczu piłki nożnej – bez opanowania. Dostałam jakiegoś ataku, kiedy już wyzionął ducha. Ale to wyzionięcie było okropne. Zerwał się. Tak jakby chciał coś mówić, ale nic nie wyszło. Tylko bardzo gwałtownie wyrzucał z siebie powietrze, tak jak z impetem wypryskuje się nabraną w usta wodę aż bryzgi śliny poszły.

Potem upadł na poduszkę, twarzą na dół i kilka razy zapiszczał. Dosłownie zapiszczał tragicznie, boleśnie i tak ducha wyzionął. Ja, jak głupia tłumaczyłam się jak histeryczka przed lekarzem i sanitariuszem ze swego stanu: „Męża nie kochałam i nie był dla mnie dobry, ale człowiek...”.

Co to miało znaczyć, to już i sama nie wiem. Słowa pamiętam, i wszystko pamiętam, ale zachowywałam się jak w gorączce. Szyja zaczęła mi drętwieć. A. wyprowadziła mnie do mego pokoju i położyła na tapczanie. Doktór mnie zbadał i bał się o mnie. Powiedział, że to szok. Po pewnym czasie to przeszło. Lekarz kazał A. dzwonić, gdyby się nie polepszyło. Polepszyło się, ale nie mogłam się ruszyć. Leżałam.

*

A. tymczasem z zimną krwią sprzątała w ojca pokoju i szukała kluczyka. Dziwiłam się, jak ona może. Mogła. Znalazła kluczyk. Znalazła skrzynkę. Otworzyła. Obliczyła. Pokazała zawartość mnie. Sześć, czy dziewięć książeczek samochodowych na jakieś ponad 40 tys. zł. Zapisanych na nią po śmierci, a raczej na wypadek śmierci.

A. nic przede mną nie zataiła. Dla mnie to było tak smutne. Leży martwy, a pieniądze na koncie i w dolarach. I po co? I po co? Mógł się leczyć prywatnie. Nie kutwić. Ratować się zawczasu. Ale on wolał jęczeć i liczyć na litość lekarzy. A. potem mówiła: „Przecież tyle przyjemności mógłby zrobić nam wszystkim. Załatwić jakieś prywatne wczasy wspólne. Byłyby wspomnienia...”. Byłyby – przyjemniejsze.

A. energicznie zajęła się i rzeczowo sprawą pogrzebu. Ona uprzątnęła wszystko w pokoju ojca, bo mieli wkroczyć obcy ludzie. Przygotowała ubranie i bieliznę, i poszła załatwiać formalności na mieście. Przecież czas krótki, a my tylko dwie do wszystkiego.

Ja zostałam w domu, żeby zająć się przygotowaniem przyjęcia dla przyjeżdżających. Trudno o mięso. Zadzwoniłam do Steni. Ta zaraz przyszła. Było mi raźniej. Obiecała, a potem i kupiła, i przyniosła 2,5 kg mięsa wołowego miękkiego. Ja kupiłam kurczaki. A. dwoiła się i troiła. Załatwiała wszystko - i sprawy pogrzebu, i sprawę noclegów dla rodziny, i sprawę kwiatów, i sprawę podjęcia pieniędzy z ZUS-u, choć to mogło zaczekać, ale [przecież z rodziny ojca się wywodzi]...

O godz. 17-ej przyjechali z Zakładu Pogrzebowego, żeby zabrać zwłoki do kaplicy cmentarnej. Ja bym przegapiła zegarek, który Wojtek miał na ręce, ale ludzie uczciwi, a może myśleli, że ja widzę, oddali mi go do rąk. Zwłoki złożyli do trumny i ponieśli do samochodu. A. powiedziała: „Mamusiu! Ja pojadę z nimi. Tak przykro, że ojciec ostatni raz i na zawsze opuszcza już nasz dom, i pojedzie tylko z obcymi ludźmi”. Odprowadziła ojca.

Jak ona wszystko potrafiła załatwić! Wszystko umiała i miała siły. A. sprzątała mieszkanie. A. przygotowała pościel. A. przygotowała pokój ojca do obiadu po pogrzebie. A.! Skąd to wszystko jej przyszło?! Ja tylko załatwiłam nekrologi. I to tylko w Zakładach Graficznych. Ona już załatwiała rozklejanie na mieście. Energiczna i dzielna!

Wieczorem poszłyśmy do Lusi, żeby ją zawiadomić, zresztą Genę też zawiadomiłam na drugi dzień, żeby one nie przeraziły się, kiedy zobaczą nekrologi. Kiedy wracałyśmy od Lusi, A. powiedziała: „Mamo, a ja uczułam ulgę. Już będzie jeden dom”. To w dzień śmierci ojca! Przecież nie ona temu winna?!

Już czuję się zmęczona. Dokończę innym razem, jak przyjdzie natchnienie.

*

Tak kończy się ostatni wpis Mamy w jej [Notatniku]. Więcej o moim Ojcu: [Człowiek w przyciasnych butach]. Więcej o naszej rodzinie, w dużym stopniu przez pryzmat opowieści i notatek Mamy: [Tajemnice rodzinne].


20.02.2009


KOMENTARZE - tutaj


.

Człowiek w przyciasnych butach


Kisielu, oto obiecany tekst:

Pochodził ze wsi, ale ciągnął do miasta. Podglądał miastowych i przejmował ich maniery. Oglądał życie miastowe przez szybę. Uczył się form, ale treści nie zgłębił. Do pracy na roli i tak by się nie nadawał - urodził się wątły i siny. Ledwie przeżył. Nieceniony przez ojca, wychowywał się hołubiony przez matkę i starsze siostry. Tusiek – tak był nazywany.

W Wiedniu mieszkał miastowy brat matki, tam kształciły się dwie z sióstr. Chciał iść, jak one, do szkół, ale żeby mógł wiedzę zdobywać, matka musiała ojca mocno ubłagać, bo do tego syna serca jak nie miał, tak nie miał. Szkoły pokończył na rodzinnym Podolu i pojechał do Poznania studiować socjologię. Problemy społeczne chłopstwa, studia nad wsią polską - takie książki zachował z tamtych czasów. Studiów nie skończył, bo wybuchła wojna. Jednego roku zabrakło, a po wojnie już nie potrafił.

Mówił, że komunistyczna socjologia to bardziej propaganda niż nauka. Przyjaciele ze studiów jednak zrobili kariery naukowe. Utrzymywał z nimi kontakty do końca życia. Kierownikowi działu detalu w spółdzielni ogrodniczej w niewielkim mieście takie profesorskie znajomości mogły imponować. Czy to wystarczało, czy żałował, że sam nie poszedł w ich ślady?

*

Studiów po wojnie nie skończył, bo po ślubie zachorował na zazdrość i bał się ruszyć z domu. Żona była uczciwa, ale wcześniej zbyt blisko poznał kilka mniej uczciwych cudzych żon, no i teraz bał się o swoją. Lubiany przez kobiety, umiał korzystać z tej sympatii. W towarzystwie potrafił być kulturalny, uprzejmy, elokwentny - to wystarczało.

W albumach rodzinnych można od czasu do czasu zobaczyć zdjęcia jakichś wdzięczących się obcych pań, na przemian ze zdjęciami purpuratów ze spotkań katolickich organizacji, do których przed wojną należał. Żona godziła się podejmować niektóre z tych pań, gdy zjawiały się z wizytami w późniejszych latach.

Czy zdolny był kobietę zdobyć? Była kiedyś jedna, którą podziwiał, ale której zdobyć nie potrafił. Drugą niezdobytą kobietą była własna żona. W małżeństwie zawartym z rozsądku, nie potrafił niczym żonie zaimponować. Znajomość form wystarczyła na krótko, a brak treści zamienił małżeństwo w piekło.

*

Był dumny, że w starszym wieku spłodził dziecko. Wzruszony wstawał w środku nocy, gdy córka popiskiwała swoje pierwsze słowo: tata, tata. Kiedy była większa, wyczerpująco odpowiadał na jej pytania. Gdy jeszcze bardziej podrosła, nie chciała już słuchać godzinnych wywodów – żądała krótkich odpowiedzi. Wtedy zaczął odsyłać ją do encyklopedii i już niczego jej nie tłumaczył.

Nie znaczy to, że ze sobą nie rozmawiali. W tym domu padało wiele słów, ale nie były to słowa wspólnej modlitwy. Prawie każda rozmowa kończyła się awanturą, a przecież nie tak miało być. Od dawna miał przygotowane ramki - precyzyjną wizję rodziny - do których próbował dopasować kolejne kandydatki na żonę.

Zwlekał z ożenkiem, bo bardzo bał się pomyłki. W końcu zaczął bać się starokawalerstwa. Kiedy skończyła się wojna, wyruszył na Ziemie Odzyskane. W tej samej poniemieckiej kamienicy, w której wyszukał sobie mieszkanie, dwa piętra wyżej zamieszkała wkrótce nowa kandydatka na żonę. Jednak pierścionek zaręczynowy z diamencikami wręczył jej dopiero po ślubie. Bał się jego utraty w razie zerwania zaręczyn.

*

Żonie sprezentował także grubą książkę na temat naukowej organizacji pracy w gospodarstwie domowym zgodnie z teorią Morgana-Taylora. Dziewicze kartki dopiero po wielu latach poprzecinała ich córka. Ilustracje pokazywały na przykład, jak powinny wyglądać ścieżki komunikacyjne w kuchni. Wyobraziła sobie marzenie ojca: uśmiechnięte Frau i Fräulein, w wykrochmalonych fartuszkach z falbankami, zgodnie wałkują w kuchni ciasto – zgodnie z naukową organizacją pracy.

Córka okazała się dzieckiem trudnym i niewdzięcznym. Mogłaby zrobić karierę, mogła zostać sławna. Chciał, żeby była choćby jak taka Irena Dziedzic z telewizji. Byłby wtedy ojcem sławnej córki. Chodził za nią po mieszkaniu i wkładał jej to do głowy, ale ona nawet słuchać tego gderania nie chciała. A przecież taka zdolna!

Ale jaka uparta! W dzieciństwie nieraz trzeba było z niej ten upór specjalną dyscyplinką wybijać, ale i tak na niewiele to się zdawało. Kiedy już dorosła, raz jeden nie wytrzymał. Po wyczerpaniu w jakiejś awanturze innych argumentów, zaczął ją podręczną encyklopedią po głowie okładać. Przestał, kiedy na swojej szyi poczuł zaciskające się dłonie. Stracił swój ostatni argument.

*

Najszczęśliwszy był chyba podczas wojny, którą spędził w Krakowie. Handlował wtedy solą, miał z tego sporo pieniędzy, prowadził rozległe życie towarzyskie. Próbował wżenić się w jakiś sklep, a kiedy plan ten nie wypalił, zaraz po wojnie przyjechał na północ i tutaj próbował powtórzyć okupacyjny sukces.

Znalazł wspólnika, razem założyli firmę handlową i otworzyli sklep na jednej z głównych ulic miasta. Podczas gdy wśród miejscowej śmietanki towarzyskiej obnosił się ze swym statusem przedsiębiorcy, wspólnik systematycznie okradał firmę. Powojenna przygoda z handlem skończyła się bankructwem.

Resztę życia zawodowego przepracował jako urzędnik. Na emeryturę przeszedł rok przed śmiercią. Pracownice, których był kierownikiem, zachowały dobre wspomnienia z tamtych czasów: jako przełożony był zawsze uśmiechnięty, uprzejmy, rzeczowy i życzliwy. Żonę miał natomiast heterę, a z córką same kłopoty. Może nawet nie mówił im tego, ale one swoje wiedziały.

*

Umarł we wtorek rano. Dzień wcześniej odwiedzał lekarzy. Najpierw onkologa, a koło południa dotarł do lekarza rejonowego. Ze względu na zakrzepowe zapalenie żył powinien był właściwie leżeć. Zdecydował się jednak na tę wyprawę – pod opieką córki.

W przychodni rejonowej było pusto i cicho, a oni byli jedynymi pacjentami w poczekalni. Ponieważ na wizytę trzeba było trochę poczekać, usiedli więc wspólnie na białej ławeczce. Wspólnie przeglądali gazetę zakupioną po drodze. Zamienili kilka luźnych zdań na temat jakiegoś artykułu.

Potem już sam przeglądał gazetę, gdy córka położyła głowę na jego ramieniu. Przyjął to jak coś oczywistego. Milcząc, siedzieli tak w ciszy poczekalni. Było inaczej niż zawsze - nie było to zwykłe zawieszenie broni. Działo się między nimi coś całkiem nowego: pokój, pierwszy dzień pokoju.

*
 
Dzień następny, dzień śmierci, uwieczniła w [Notatniku] żona zmarłego: [Ostatni wpis]. A tutaj o bohaterze notki AD 2022 wspomina córka: [mix3. Songs of Love].


19.02.2009


KOMENTARZE - tutaj


.